czwartek, 4 sierpnia 2016

16. "To nie ich wina (...) Tylko tej przeklętej przysięgi".

"Nie czyń nic bez rozwagi, 
lecz tylko według zasady dobrze obmyślanej."
 Marek Aureliusz


Syriusz zamrugał kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. No bo okay, widział naprawdę najdziwniejsze z najdziwniejszych rzeczy, ale bez przesady.
— Dobra, zacznijmy od początku... — powiedział wolno, kiwając przy tym głową.
Dorcas warknęła poirytowana, patrząc na niego z wściekłością.
— Czego ty tutaj nie rozumiesz, Black?! — podniosła głos, bo nie mogła już znieść jego głupoty. — No czego?!
Brunet udał, że się zastanawia, a potem palnął:
— W sumie to wszystkiego.
Szczerzył się przy tym jak głupi, czym jeszcze bardziej zirytował dziewczynę. Rozumiała, że Gryfon jest skończonym idiotą, ale bez przesady. Ile można powtarzać to samo? No szału można dostać.
— Ruda, zabij go, bo mi się nie chce rąk marnować — Dorcas mówiła to z obrzydzeniem. Nie mogła go po prostu znieść.
Lily rozumiała przyjaciółkę, bo Łapa był czasami naprawdę nie do zniesienia. Teraz, kiedy powinien zachować powagę i przejąć się tym, co dzieje się z Ann - on wolał zgrywać głupa. W sumie rudowłosa też tak często miała i wiedziała, że chłopak robił to tylko po to, żeby rozładować napięcie, ale w tym momencie było to bardziej denerwujące niż pomocne.
— Łapo, skończ — mówiła to łagodnym głosem, chociaż dało się wyczuć, że jest strasznie wkurzona. Albo raczej zdesperowana i zdruzgotana. Tak strasznie bała się o Ann. — Po prostu skończ.
Syriusz spojrzał na nią zaskoczony, ale po chwili zrozumiał, że to nie była pora na żarty. Pokiwał więc głową i opanował śmiech.  W sumie rozumiał to, że przyjaciółka była nie miała do niego siły. Lorenh leżała nieprzytomna, nikt nie wiedział, co jej jest i czy w ogóle się obudzi, a mu zebrało się na głupie żarty i dogryzanie znienawidzonej Meadowes. Jego duma jednak nie pozwalała mu wszystkich przeprosić. Przywdział na twarz cyniczny uśmieszek.
— Dziękuję — odpowiedziała Lily, dobrze wiedząc, że w ten sposób Syriusz próbuje ukryć zawstydzenie i chce przeprosić. Przeniosła spojrzenie na pozostałych. — Musimy coś zrobić, żeby Ann się obudziła. Ja i Potter przepytamy uczniów, czy aby czegoś nie widzieli. Remusie, ty poszukaj czegoś w książkach. Dorcas i Syriusz wkradniecie się do magazynku profesora Vine'a i weźmiecie jakieś podstawowe rośliny lecznicze, a potem poszukacie Wężyc. Alice i Frank możecie im pomóc. Peter, mógłbyś pójść potowarzyszyć Marlenie siedzącej przy łóżku Ann?
Wszyscy żywo i stanowczo pokiwali głowami, zgadzając się z rudowłosą, na co ona się uśmiechnęła. Gdyby nie to, że Ann była w śpiączce, to zostałaby wysłana razem z Remusem, a każdy był pewny, że właśnie w tym momencie protestowałaby, bo nie chciałaby siedzieć z Lunatykiem w jedynym pomieszczeniu. Mieli ochotę się roześmiać, przypominając sobie sytuacje, które miały miejsce po połączeniu ich w pary do robienia różnego rodzaju rzeczy.. Bowiem wiadome było to, że żadne z nich by nie odpuściło i koniec końców obydwoje w milczeniu przeszukiwaliby te księgi.
— To to chodźmy! — zawołał Peter, uśmiechając się do reszty, a oni odpowiedzieli mu tym samym.

* * *

Lily już nie mogła znieść Jamesa, a spędziła z nim jak na razie piętnaście minut. Szedł on za nią z bezczelnym uśmiechem na twarzy, głośno pogwizdując.
— Dobra, słuchaj, Potter — powiedziała, nie mogąc już wytrzymać. Odwróciła się i spojrzała mu z wściekłością w oczy. — Naprawdę nie jest mi na rękę to, że to akurat ty musisz mi pomagać, ale Ann jest dla mnie naprawdę ważna, więc z łaski swojej, weź się kurwa zamknij albo stąd idź, bo muszę znaleźć jakiś sposób, żeby ją wybudzić.
Chłopak patrzał na nią, mrużąc oczy ze złością. Żadna durna wiewióra nie będzie mu mówić, co ma robić. Jeśli będzie chciał, to zostanie, a jeśli nie, to nie i tyle. To on decyduje, nie jakaś Evans. Prychnął więc, a potem zmierzwił włosy.
— Wiesz... - zaczął z głupawym uśmieszkiem na ustach. — Nie lubię, kiedy głupia dziewczyna próbuje mną rządzić i nie uśmiecha mi się bycie cicho.
James odszedł, nawet się nie żegnając. Rudowłosa wlepiała oczy w jego oddalającą się sylwetkę z niedowierzaniem na twarzy. Gnojek, pomyślała. Nie mogła pojąć, jak można być tak nieczułym egoistą. Widział tylko czubek własnego nosa. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Żadnej wściekłości tym, że sobie poszedł, czy też bezradności, spowodowanej śpiączką Ann.
— Muszę jej pomóc... — mruknęła pod nosem.
Ruszyła korytarzem, kierując się do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Musiała się spieszyć, bo mogło być przecież coraz mnie czasu. Zaczęła biec w tamtym kierunku i nie zwolniła do samego portretu Grubej Damy, mimo że ledwo już mogła złapać oddech. Jej kondycja odstatnio była naprawdę kiepska, będzie musiała ją poprawić. Wypowiedziała hasło, migiem pokonała pomieszczenie i wbiegła po schodach. Weszła do dormitorium, które było puste. Szybko zrzuciła z siebie sukienkę, wyciągając z szafy jeansy, koszulkę i ciepłą, czarną bluzę. Ubrała się w to i zaczęła szukać książki do Zaklęć Zakazanych, którą wykradła z biblioteki. Znalazła ją i otworzyła na byle jakiej stronie.
— No dalej... - warknęła zniecierpliwiona po dłuższej chwili wertowania księgi. — To było gdzieś niedaleko...
I w następnej chwili odnalazła stronę z zaklęciem, na którym jej w tym momencie strasznie zależało. Wiedziała, że jest trudne w użyciu. Skomplikowane ruchy różdżką, a także fakt, że było ono niewerbalne, wszystko kompletnie utrudniło. Wyrwała tę stronę z książki i wsadziła ją do kieszeni, uprzednio zginając ją w pół. Szybko wyszła z dormitorium i pędem rzuciła się w stronę dziury przed portretem, który w następnej chwili odchylił się, odsłaniając wyjście. Rzuciła się biegiem, musiała znaleźć się jak najszybciej u Hagrida. Jeśli on nie pomoże, to będzie zmuszona rzucić ten czar. Biegła, nie przejmując się tym, że popycha mijających ją ludzi. Nie miała czasu nawet na rzucanie "Przepraszam" po każdej szturchniętej osobie, więc po pierwszych kilku zaczęła to po prostu ignorować. Wreszcie znalazła się przed drewnianymi wrotami, które mocno popchnęła. Rozwarły się, aa ona pozwoliła sobie na złapanie oddechu. Oparła dłonie na kolanach i gorączkowo myślała, jak wytłumaczyć gajowemu całą tę sytuację. Zaczęła biec w stronę jego chatki, a gdy już stała u jej drzwi, to nawet zdobyła się na uśmiech. Było czuć ten typowy zapach wypieków i herbatki, którymi przyjaciel zawsze Huncwotki częstował. Zapukała do drzwi mocniej niż planowała, czego sama się przestraszyła. Otworzył jej brodaty, ogromny mężczyzna, którego twarz momentalnie rozjaśnił uśmiech, widząc swojego gościa.
— Lila! — wykrzyknął, zamykając rudowłosą w niedźwiedzim uścisku, a ona czuła jakby ktoś zaczął ją dusić i miażdżyć jednocześnie. — Cholibka, jak ja cię dawno nie widziałem. Ładnie to tak zapominać o starym Hagridzie, hę?
Na twarzy dziewczyny pojawiły się rumieńce, a jej zrobiło się wyjątkowo głupio, bo nie zdążyła nawet go jeszcze odwiedzić od przyjazdu do Hogwartu.
— Jejku, chyba się duszę... — wysapała, a on momentalnie uwolnił ją z uścisku, głośno przepraszając. — No coś ty, Hagridzie, nigdy bym o tobie nie zapomniała. Przepraszam, że jeszcze cię nie odwiedziła, ale mam strasznie dużo na głowie. Może to głupio brzmi, ale jeszcze wczoraj Dorcas odciągała mnie od książek. Początek roku, a ja już stresuję się Sumami.
Gajowy pokiwał głową, rozumiejąc przyjaciółkę. Po prostu czuł się samotnie i tęsknił za ich towarzystwem. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie mieli oni teraz za dużo czasu.
— Nic się nie dzieje, Lila! — powiedział donośnym głosem. — Może wpadniesz na szybką herbatkę i ciasteczka?
— Pewnie — zgodziła się z entuzjazmem, choć tak naprawdę robiła to z niechęcią.
Miała z dziewczynami pięć lat na to, żeby przekonać się, że wypieki Hagrida były niejadalne. Dlatego przychodziły do niego przeważnie najedzone. Jednak dzisiaj nie miała czasu, żeby zjeść, więc musiała zaryzykować i skosztować trochę tych jego ciastek.
— Cholibka, co ty dziś taka nie w sosie? — zapytał ze zmartwieniem marszcząc swoje krzaczaste brwi.
Rudowłosa westchnęła głośno i bez słowa weszła do jego chatki. Usiadła na wielkim drewnianym krześle, przeczesała palcami włosy. Rubeus postawił talerz z ciastkami, które jeszcze były gorące i nastawił wodę na herbatę. Evansówna westchnęła głośno.
— Okay, chodzi o Ann — zaczęła, spuszczając przy tym wzrok na stół. — Wpakowałyśmy się w układy ze Ślizgonkami i teraz mamy. No ale mniejsza, przejdę do sedna. Co wiesz o Przysiędze Bazyliszka?
Brodaty na te słowa cały się spiął i pobladł. Oj, to nie wróżyło niczego dobrego, Lily już o tym wiedziała.
— Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wy...? — wlepił w nią swoje oczy, w których zaczęło pojawiać się przerażenie. — O w mordę, was do reszty pogrzało! Czy wy nigdy nie zastanawiacie się, co może się stać? To jest strasznie niebezpieczne zaklęcie!
Lily wytrzeszczyła na niego oczy. Nie rozumiała, dlaczego on tak wybuchł. Ta przysięga nie może być przecież aż tak przerażająca i zła. Hagrid pewnie jak zwykle przesadza.
— Na pewno nie jest tak źle — powiedziała, wywracając oczami.
Wielkolud uderzył pięścią w stół, a ona aż podskoczyła. Nie spodziewała się, że to go tak zdenerwuje.
— Na brodę Merlina, Evans! — warknął. — Bądź poważna, bo gadam serio. Kto jak kto, ale ty potrafisz zachowywać się jak trzeba, więc z łaski swojej uspokój się.
Dziewczyna na te słowa się wyprostowała, ale pokiwała ze skruchą głową, bo zrobiło jej się strasznie głupio.
— Dobrze, więc co mam robić? — zapytała przyjaciela z przejęciem.
— Co z Ann?
— Jest nieprzytomna, nie da się jej obudzić.
Hagrid skinął głową, a mina mu zrzędła. To znaczyło, że jest gorzej niż myślał. Gorzej niż wtedy.
— Chyba nie macie pojęcia jak trudny do odwrócenia jest ten czar. Jak okropny... Jak potężny... Kto składał tę przysięgę?
— My wszystkie — odpowiedziała niepewnie, bojąc się jego reakcji.
W tym momencie Hagrid wyglądał jakby zaraz miał paść trupem. Jak takie kumate dziewczyny mogły postąpić tak głupio?
— Jak wy wszystkie?! — zagrzmiał, a ona kolejny raz podskoczyła. — Czy my naprawdę rozmawiamy o tych samych Huncwotkach? Gdzie są dziewczyny? A Ann? A te Ślizgonki?
Lily westchnęła. Co one najlepszego narobiły? Dobrze wiedziała, że będą z tego tylko i wyłącznie kłopoty. Niestety ta cholerna dumna i gryfoński honor kazały im się w to władować. Teraz mają, co chciały.
— Ann jest w Pokoju Życzeń, leży w łóżku, pilnują ją Marlene i Peter. Dorcas, Syriusz, Alice i Frank szukają Wężyc, bo jakby zapadły się pod ziemię. Och, wyobrażam sobie moment, kiedy już je dorwą. Oszukały nas i mimo że mogłyśmy się tego spodziewać, to zbyt sukowate nawet jak na nie.
— Lily, to nie ich wina — odezwał się po dłuższej chwili Rubeus. — Tylko tej przeklętej przysięgi.
Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy. Nie sądziła, że to może nie być ich sprawka. Szczerze mówiąc, nawet jej to do głowy nie wpadło. No, bo kto inny jak nie one, do cholery?
— Jak to wydusiła w końcu z siebie.

***
Witajcie po tak długiej przerwie.
Jak bardzo w tym momencie mnie nie znosicie? Chyba nie wystarczy zwykłe przepraszam, a tylko tyle potrafię powiedzieć. Przepraszam, jest mi wstyd. Nie miałam ani weny, ani chęci, ani czasu. A Wy czekaliście. W tym czasie tak często mnie odwiedzaliście. Dziękuję.
Kocham Was, wiecie?
Zgredek

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Wow, wróciłaś z niezłym kopem. Świetnie napisany rozdział. Podoba mi się. Czekam na kolejny. Mam ochotę kopnąć Jamesa w dupę, ok.
      Tęskniłam, bardzo bardzo bardzo mocno! <3
      ~Ala

      Usuń
  2. Hej, nominowałyśmy Cię do LBA (: Mamy nadzieję, że nie masz nic przeciwko i znajdziesz czas, żeby odpowiedzieć na nasze pytania. Mamy nadzieję, że tak oraz że sprawi Ci to trochę frajdy ((:
    Lady i Gwiazda

    tutaj znajdziesz pytania:
    http://we-want-to-dream.blogspot.com/2016/09/liebster-blog-awards-2.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Już prawie pół roku... postaraj się coś napisać bo nie wytrzymałam serio!!!!! Rozdział świetny jak zawsze :*

    OdpowiedzUsuń