sobota, 10 lutego 2018

17. "A ty nam w tym pomożesz."

"Człowiek nigdy nie jest świadom 
wszystkich konsekwencji swych czynów" 

José Saramago 



Lily czekała na odpowiedź, tupając nerwowo nogą i patrząc wyczekująco na Hagrida. Ten natomiast próbował tak dobrać słowa, żeby nie przestraszyć dziewczyny. Jednak widząc jej spojrzenie, zaczął opowieść. 

— Lata temu do mojej chatki wpadała na herbatkę Rose. Od samego początku szkoły miała na pieńku z kilkoma Ślizgonami, głównie szło o "bratanie się z szumowinami", bo była czystej krwi i trafiła do Gryffindoru — mówił, popijając swoją herbatkę, a panna Evans słuchała go z zainteresowaniem. — Rose była pioruńsko dobra w eliksirach, nikt nie ważył ich lepiej od niej. Także nie dziwię się, że te kanalie zgłosiły się właśnie do niej, kiedy potrzebowały pomocy. 

Rudowłosa wytrzeszczyła oczy, bo właśnie zdała sobie sprawę, skąd Hagrid tyle wiedział na temat przysięgi. Momentalnie zrobiło jej się słabo. 

— Czy ona złożyła z którymś z nich...? 

Rubeus skinął głową, dając jej w ten sposób odpowiedź, lecz Gryfonce to nie wystarczyło. 

— I co się stało potem? 

— Znalazłem biedaczkę w moim ogródku koło wielkiej dyni. Od razu leciałem z nią do Skrzydła, gdzie po tygodniu odzyskała przytomność. Chłopcy zniknęli w tym samym czasie na dwa dni. Znaleźli ich w kokonach w gnieździe akromantul. Ani Rose, ani oni nie potrafili wyjaśnić jak to się stało, ale potem przypomnieli sobie o tej zapchlonej przysiędze. Rose miała tydzień na uwarzenie eliksiru, bo ustalili, że jeśli tego nie wykona na czas, to przez miesiąc będzie miała na twarzy wielkie, wybuchające co chwilę, krosty. Nie udało jej się, więc obudziła się z nimi następnego dnia, a wieczorem znaleźli ją martwą w Łazience Prefektów. No a ci Ślizgoni to zginęli dwa dni później w Zakazanym Lesie. 

Lily była przerażona tym, co usłyszała. Co jeśli nie uda im się znaleźć Ślizgonek? Co stanie się z Ann? Czy one wszystkie umrą? Miała ochotę płakać nad ich głupotą - czy zawsze muszą być tak nierozważne? Przez ich lekkomyślność mogą wszystkie stracić życie. Po prostu pięknie, o niczym innym nie marzyła. 

— Psorzy rozwiązali zagadkę po długim przekopywaniu biblioteki — kontynuował drżącym głosem, był bliski łez na wspomnienie przyjaciółki. — Przysięga była stworzona w dawnych czasach i ma wiele skutków ubocznych. Jest zakazana przez Ministerstwo, ale nie można wykryć jej użycia, a nawet jeśli, to i tak jest za późno. Od setek lat nikt jej nie przeżył. 

— Cholera jasna! — zawołała przerażona Lily i podniosła się z miejsca. 

Szybkim krokiem podeszła do drzwi, otwierając je. Gdy była już na zewnątrz, usłyszała wołanie gajowego. Odwróciła się w jego stronę, dalej będąc przerażoną całą tą sytuacją. 

— Gdzie idziesz? — zapytał podejrzliwie, a Lily westchnęła. 

— Spróbować naprawić to, co po całości spieprzyłyśmy. 

Odeszła, nie czekając na odpowiedź. Razem im się uda, musi. 

*** 


Dwie Ślizgonki spojrzały na siebie, a potem z powrotem na obraz przed sobą, modląc się, żeby to był tylko jakiś żart. 

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to miejsce było po prostu ich ulubioną uliczką Hogsmeade. No właśnie, wydawać. Co prawda, miejscowość i ulica się zgadzały, tylko czas się trochę pomieszał. Miały przed oczami średniowieczną wioskę pełną dziwnie ubranych ludzi, którzy co rusz patrzyli na nie z wielką rezerwą i podejrzliwością. 

Andromeda zaciągnęła kuzynkę z powrotem do stajni i zamknęła drzwi od środka. Spojrzała na Evalyn, próbując ukryć strach w oczach. 

— Powiedz mi, że wcale nie przeniosłyśmy się w czasy palenia czarownic na stosach — warknęła wściekłym głosem, a niespodziewająca się takiej reakcji kuzynka, podskoczyła przestraszona. 

— Mam kłamać, żeby było ci lepiej? — prychnęła, przewracając oczami. 

Andromeda nie odpowiedziała, zamiast tego rozejrzała się niespokojnie po pomieszczeniu. 

— Czemu tak bardzo się tym przejmujesz? — syknęła w końcu zirytowana Evalyn. — Przecież to wioska czarodziejów. 

Dziewczyna obrzuciła ją zdegustowanym spojrzeniem, ale kiedy zrozumiała, że kuzynka mówi poważnie, to prychnęła kpiąco. 

— Ty naprawdę nie pamiętasz niczego z historii magii — westchnęła, ale postanowiła kontynuować. — Hogsmeade dopiero dwieście lat później stało się wioską zamieszkiwaną wyłącznie przez czarodziejów. Aktualnie to jesteśmy otoczone mugolami, którzy chcą spalić nas na cholernym stosie, śpiewając przy tym religijne pieśni. 

Evalyn uniosła brwi, nie za dobrze reagując na ten fakt. Zaczęła rozumieć, skąd to przerażenie u Andromedy i szczerze powiedziawszy jej też zaczynało się ono udzielać. 

— Ale... Ale... — wyjąkała tylko, nie mogąc dobrać odpowiednich słów. — Mamy przecież różdżki! 

Twarz jej kuzynki od razu się rozjaśniła, a w następnej chwili obydwie zaczęły przeszukiwać swoje szaty w ich poszukiwaniu. Jednak gdy nie znalazły ich nawet w butach, to momentalnie podbiegły do siana, w którym się obudziły i tam kontynuowały swoje poszukiwania. 

— Mam! — zawołała zwycięsko Evalyn. 

Na twarzy Andromedy pojawiła się ulga, mimo że nie udało jej się znaleźć swojej własności. Ważne, że miały chociaż jedną różdżkę. 

— Zacznijmy od przetransmutowania naszych ubrań — powiedziała spokojnie Evalyn, a druga dziewczyna kiwnęła głową. — A co potem? 

Kuzynka zastanowiła się nad odpowiedzią, po czym odparła. 

— Przedostaniemy się jakoś do Hogwartu. Tam na pewno nam ktoś pomoże. 

Panny Black kiwnęły do siebie głowami, a następnie zostało rzucone zaklęcie. Niestety jego skutkiem było zniknięcie różdżki. Ich stroje były wyciągnięte ze średniowiecza, ale tutaj kończyły się plusy. 

— Nie, nie, nie! — pisnęła Evalyn przerażona. — Gdzie ona do cholery jest?! 

— Skąd ja mam to wiedzieć? — piekliła się Andromeda. — I co teraz? 

Kuzynka podniosła na nią wzrok, w którym normalnie emocje były ukryte, ale tym razem wszystkie zostawiła na wierzchu. Była przerażona i zrozpaczona. Nie miała pojęcia, co będzie dalej. 

— Teraz to mamy przejebane — powiedziała cienkim głosem po tym, jak usłyszały walnięcie w drzwi. 


***

— Na Merlina, dlaczego muszę z tobą łazić? — warknęła Dorcas, nie obdarzając nawet wzrokiem swojego towarzysza. 

— Bo nikt inny by z tobą nie wytrzymał, przyjmij ten fakt — odparł zirytowany Syriusz, który nagle, nie wiedzieć czemu, nabrał ochoty na Gargulską Flaszkę*. 

— Dobra, zamknij się — syknęła, szturchając go mocno, na co chłopak się skrzywił. — Lepiej mi powiedz, jak wejdziemy do gniazda węży. 

Jednak Łapa nie udzielił jej odpowiedzi, tylko szedł dalej korytarzem. Kazała mu być cicho, więc nie miał zamiaru łamać jej zakazu. 

— Ogłuchłeś, Black? 

— Miałem się zamknąć — odpowiedział z huncwockim uśmiechem, a w niej się zagotowało. 

— Jesteś skończonym kretynem — westchnęła teatralnie Meadowes. 

Black złapał się za serce, a drugą dłonią starł niewidzialne łzy z twarzy, udając przy tym totalne wzruszenie. 

— Dziękuję, Meadowes — wyszeptał łamiącym się głosem. — Znam hasło do ich Pokoju Wspólnego. 

Dorcas uniosła brwi. 

— Niby skąd możesz je znać? 

— Nie, no teraz mnie obrażasz — parsknął, kierując ich w stronę lochów. 

Dziewczyna tylko pokręciła głową na jego głupotę, ale postanowiła za nim pójść. Kiedy stanęli pod ukrytym przejściem do twierdzy Ślizgonów, Syriusz spojrzał na nią z pewnym siebie uśmieszkiem. 

— Czysta krew — powiedział, a Dorcas przewróciła oczami, bo mogła się tego spodziewać po tych oślizgłych maniakach. 

Weszli do środka i o ile Łapa był wręcz znudzony, o tyle Meadowes rozglądała się z ciekawością po pomieszczeniu. Szczerze powiedziawszy, było tutaj bardzo ponuro i zimno, a na dodatek śmierdziało jej strasznie jeziorem i trutką na szczury. Może trochę przesadzała, ale miała ochotę dać nogę i zostawić tu tego gnojka na pastwę tych Ślizgonów. 

— Oho, a czego tutaj szukają zdrajcy krwi? — usłyszeli jak zawsze zimny i kpiący głos Lucjusza Malfoy'a. 

— To chyba nie twój interes, tleniony pawianie — odwarknęła Dorcas, robiąc krok w przód. 

Twarz Lucjusza wykrzywiła się w grymasie wściekłości, a on sam wyciągnął różdżkę, na co Syriusz parsknął śmiechem. Co za idiota, pomyślał Black. 

— Dobra, przejdźmy do konkretów, bo chcę stąd spadać — dodał swoje Łapa, a potem odetchnął pełną piersią i skrzywił się mocno. — Strasznie śmierdzi tu rybą. Nowe perfumy, Malfoy? 

Blondyn, słysząc to, prychnął wściekle. 

— A nie, to po prostu Smarkerus znowu się nie umył. 

Snape, siedzący w fotelu na uboczu, momentalnie się spiął i wstał ze swojego miejsca. 

— Odszczekaj to, Black! — wysyczał przez zaciśnięte zęby. 

— Wybacz, ale nie zamierzam kłamać — Syriusz uśmiechnął się wrednie, a potem spojrzał na Zabiniego, który właśnie wszedł do Pokoju Wspólnego. — Czy moje kuzyneczki już się odnalazły? 

Po tych słowach Gryfoni zostali obrzuceni wściekłym wzrokiem nie tylko przez troje wyżej wymienionych Ślizgonów, ale jeszcze dołączyły do nich panny Black. 

— Mówiłam wam, że maczały w tym łapy te Gryfońskie ścierwa — warknęła Bellatrix. — Dręt... 

— Expelliarmus — Dorcas, której kompletnie nie wzruszyło zachowanie dziewczyny, rzuciła zaklęcie. — Już nie bądź taka dramatyczna. 

— Ty... — zaczęła, ale przerwał jej zirytowany Syriusz. 

— Tak, tak, wiemy. Ty plugawa zdrajczynio krwii — przedrzeźnił ją. — To wiecie, gdzie one są czy nie? Bo mamy do nich mały interes. 

Pięcioro Ślizgonów spojrzało po sobie, będąc w kompletnym szoku. Jeszcze chwilę temu mieli pewność, że w to wszystko zamieszani byli ci cholerni Gryfoni - zresztą jak zawsze. 

— Nie wiemy — odpowiedział w końcu Zabini. 

Tym razem to Dorcas i Syriusz rzucili sobie zdziwione i lekko przestraszone spojrzenia. Niemożliwe, Ślizgoni przyznający się do niewiedzy. 

— Jak to nie wiecie? 

— Czego nie rozumiesz w tak prostych słowach, Meadowes? — prychnęła zirytowana Narcyza, jednak jej wzrok pozostawał spokojny. — Nie, nie wiemy. Szukamy ich od rana, a one jakby zapadły się pod ziemię. 

— Na gacie Merlina... — mruknął Łapa, zastanawiając się gorączkowo, nad tym, co teraz powinni zrobić. W końcu jednak wskazał na Edwarda. — Zabini, idziesz z nami! 

Ciemnoskóry uniósł wysoko brwi i skrzyżował ręce na piersi. Co za bezczelny typ, pomyślał, patrząc z politowaniem na Huncwota. 

— I co niby, twoim zdaniem, mnie przekona, żebym to zrobił? — zapytał obojętnie. 

Syriusz chciał już odpowiedzieć, ale Dorcas weszła mu w słowo. 

— Evalyn — odparła, obdarzając go identycznym spojrzeniem. 

Zabini zaklął w duchu, bo oczywiście ta idiotka musi jak zwykle potrzebować jego pomocy i jak zwykle to ON musi lecieć, żeby ją ratować. 

— Ta, prowadź — rzucił tym samym tonem. 

*** 

— Nie no, teraz robicie sobie ze mnie jaja — warknął zdenerwowany Edward, patrząc wściekle na Gryfonów. 

Znajdowali się w Pokoju Życzeń, a on został właśnie kolejną osobą wtajemniczoną w sytuację. Po tym jak dowiedzieli się od Lily o historii Rose, to uznali, że ten Ślizgon będzie najodpowiedniejszą osobą, która im może pomóc. 

— Wyobraź sobie, Zabini — zaczęła już lekko podirytowana Lily. — Że pierwszy raz właśnie nie robimy sobie jaj! 

Chłopak wybuchnął na te słowa ironicznym śmiechem. 

— Czy ja wam wyglądam na idiotę? 

— Czy mam odpowiadać na to pytanie? — prychnął Syriusz, na co Zabini posłał mu mordercze spojrzenie. 

Black wzruszył tylko ramionami, mając go kompletnie gdzieś. 

— I ja mam wam uwierzyć, że Evalyn i Andromeda złożyły jakąś chorą przysięgę z tymi tutaj, a potem one zniknęły, a ona jest w śpiączce? 

Wszyscy gorliwie pokiwali głowami, a on zaczął się śmiać, bo to było cholernie absurdalne. On naprawdę rozumiał, że Gryfoni nie należą do specjalnie inteligentnych, ale nie sądził też, że są aż tak głupi. To chyba normalne, że on nie uwierzył im w ten stek bzdur. 

— Czy wy siebie słyszycie? — parsknął, dalej będąc rozbawionym. 

— Na jaja Godryka, wiem jak to brzmi — mówił dalej Syriusz. — Ale chyba wystarczającym dowodem jest to, że z tobą gadamy i że Ann leży na tym zasranym łóżku nieprzytomna. 

To fakt, dziewczyna była w pewnego rodzaju śpiączce i miał tę pewność, ponieważ sam próbował ją odczarować znanymi mu zaklęciami. Uczniowie w ich wieku nie byliby w stanie tego zrobić, nawet taka kujonka jak ta pieprzona mugolaczka Evans. 

— Dobra, powiedzmy, że wam wierzę — zaczął powoli, a oni patrzyli na niego z wyczekiwaniem. — To jaki jest plan? 

Tym razem głos postanowiła zabrać Alice, która siedziała na krześle przy łóżku i trzymała Ann za rękę. 

— Jak dobrze wiesz, celem przysięgi było ośmieszenie Bellatrix i Narcyzy. A ty nam w tym pomożesz — powiedziała prosto, a Zabini uniósł brwi. 

Oni chyba nie myśleli, że on teraz odwróci się przeciwko swojemu domowi. Dobre żarty. 

— No chyba was... — oni jednak nie dali mu dokończyć, co go niezmiernie zdenerwowało. 

— Nie będziesz nic zrobił. Chcemy tylko informacji — rzucił Remus, widząc oburzenie Ślizgona. 

I wtedy Ed zrozumiał, o co chodziło Gryfonom. Miał powiedzieć im w jaki sposób można najbardziej skompromitować panny Black. Tylko pytanie brzmiało - czy to nie byłaby zdrada względem Slytherinu? Ja tylko chcę pomóc Evalyn i Andromedzie, to chyba nic złego, pomyślał chłopak, uśmiechając się przy tym pod nosem. 

— Mam już nawet pomysł — rzekł po dłuższej chwili ciszy, a oni spojrzeli na siebie z ulgą. 


*mocny trunek czarodziejów, coś takiego jak u mugoli bimber 

-------- 
Hej, kochani! 
Jest rozdział tak, jak obiecałam. Mam nadzieję, że Wam się podoba, mimo że on taki "przejściowy", bo dopiero w następnym będzie się sporo działo. 
Nie mam pojęcia, kiedy pojawi się kolejny. Na pewno nie będziecie musieli czekać roku, bo ostatnio łapie mnie wena, ale gorzej z czasem. Kończą się ferie i niestety powrót do szkoły. 
Postaram się spiąć tyłek i dodać w miarę szybko. 
Zapraszam do komentowania i dziękuję, że zostaliście, mimo braku odzewu z mojej strony. 
Do następnego, 
Wasz Zgredek. 

czwartek, 21 grudnia 2017

Notatka #2

Cześć, skarby. Przepraszam, że odzywam się po tak długim czasie. Wiem, że to wręcz okrutne, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób lubiło to opowiadanie. Zaskoczył mnie fakt jak dużo to opowiadanie ma wyświetleń, bo nigdy nie sądziłam, że stanie się one hmm, popularne?
Mogę tak je nazwać? Przeczytałam ostatnio całe i przyznam, że trochę mi za nie wstyd, bo jest wiele błędów, przeskoków w czasach i bohaterowie niekiedy zachowują się jak po prostu pozbawione mózgów istoty.

Czy pojawi się rozdział? Szczerze nie mam pojęcia. Byłam związana z historią Huncwotów i Huncwotek całym serduszkiem. Miałam wymyślone naprawdę wiele rozdziałów, pomysły mi się nie kończyły i dalej tak jest. W mojej głowie siedzi tak wiele słów, wydarzeń, zabawnych zwrotów, ale za nic nie potrafię ich przelać chociażby na papier. Chcę spróbować, całym sercem pragnę stworzyć coś, co dokończę. Kiedyś miałam w planach napisać trzy historie: Huncwotów, Golden Trio i Nowego Pokolenia. Znałam już nawet zakończenie, to było połączone w jedną całość.

Spróbuję, słowo daję, że w przerwie świątecznej zepnę tyłek i spróbuję napisać chociaż coś. Dam Wam znać jak mi poszło. Może to zahamowanie wynika z ogromu nauki, która na mnie spadła? Nie mam pojęcia. Postaram się dla Was, jeśli ktoś tutaj jeszcze jest. Nawet jeśli nie, a będę miała wenę, to napiszę. Chcę skończyć to opowiadanie, nawet jeśli miałoby to potrwać jeszcze trzy lata.

Dziękuję Wam za wszystko. Nawet nie wiecie, ile znaczy dla mnie Wasza obecność, komentarze i fakt, że naprawdę lubicie moje marne wypociny.

Do napisania (już wkrótce),
Zgredek

czwartek, 4 sierpnia 2016

16. "To nie ich wina (...) Tylko tej przeklętej przysięgi".

"Nie czyń nic bez rozwagi, 
lecz tylko według zasady dobrze obmyślanej."
 Marek Aureliusz


Syriusz zamrugał kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. No bo okay, widział naprawdę najdziwniejsze z najdziwniejszych rzeczy, ale bez przesady.
— Dobra, zacznijmy od początku... — powiedział wolno, kiwając przy tym głową.
Dorcas warknęła poirytowana, patrząc na niego z wściekłością.
— Czego ty tutaj nie rozumiesz, Black?! — podniosła głos, bo nie mogła już znieść jego głupoty. — No czego?!
Brunet udał, że się zastanawia, a potem palnął:
— W sumie to wszystkiego.
Szczerzył się przy tym jak głupi, czym jeszcze bardziej zirytował dziewczynę. Rozumiała, że Gryfon jest skończonym idiotą, ale bez przesady. Ile można powtarzać to samo? No szału można dostać.
— Ruda, zabij go, bo mi się nie chce rąk marnować — Dorcas mówiła to z obrzydzeniem. Nie mogła go po prostu znieść.
Lily rozumiała przyjaciółkę, bo Łapa był czasami naprawdę nie do zniesienia. Teraz, kiedy powinien zachować powagę i przejąć się tym, co dzieje się z Ann - on wolał zgrywać głupa. W sumie rudowłosa też tak często miała i wiedziała, że chłopak robił to tylko po to, żeby rozładować napięcie, ale w tym momencie było to bardziej denerwujące niż pomocne.
— Łapo, skończ — mówiła to łagodnym głosem, chociaż dało się wyczuć, że jest strasznie wkurzona. Albo raczej zdesperowana i zdruzgotana. Tak strasznie bała się o Ann. — Po prostu skończ.
Syriusz spojrzał na nią zaskoczony, ale po chwili zrozumiał, że to nie była pora na żarty. Pokiwał więc głową i opanował śmiech.  W sumie rozumiał to, że przyjaciółka była nie miała do niego siły. Lorenh leżała nieprzytomna, nikt nie wiedział, co jej jest i czy w ogóle się obudzi, a mu zebrało się na głupie żarty i dogryzanie znienawidzonej Meadowes. Jego duma jednak nie pozwalała mu wszystkich przeprosić. Przywdział na twarz cyniczny uśmieszek.
— Dziękuję — odpowiedziała Lily, dobrze wiedząc, że w ten sposób Syriusz próbuje ukryć zawstydzenie i chce przeprosić. Przeniosła spojrzenie na pozostałych. — Musimy coś zrobić, żeby Ann się obudziła. Ja i Potter przepytamy uczniów, czy aby czegoś nie widzieli. Remusie, ty poszukaj czegoś w książkach. Dorcas i Syriusz wkradniecie się do magazynku profesora Vine'a i weźmiecie jakieś podstawowe rośliny lecznicze, a potem poszukacie Wężyc. Alice i Frank możecie im pomóc. Peter, mógłbyś pójść potowarzyszyć Marlenie siedzącej przy łóżku Ann?
Wszyscy żywo i stanowczo pokiwali głowami, zgadzając się z rudowłosą, na co ona się uśmiechnęła. Gdyby nie to, że Ann była w śpiączce, to zostałaby wysłana razem z Remusem, a każdy był pewny, że właśnie w tym momencie protestowałaby, bo nie chciałaby siedzieć z Lunatykiem w jedynym pomieszczeniu. Mieli ochotę się roześmiać, przypominając sobie sytuacje, które miały miejsce po połączeniu ich w pary do robienia różnego rodzaju rzeczy.. Bowiem wiadome było to, że żadne z nich by nie odpuściło i koniec końców obydwoje w milczeniu przeszukiwaliby te księgi.
— To to chodźmy! — zawołał Peter, uśmiechając się do reszty, a oni odpowiedzieli mu tym samym.

* * *

Lily już nie mogła znieść Jamesa, a spędziła z nim jak na razie piętnaście minut. Szedł on za nią z bezczelnym uśmiechem na twarzy, głośno pogwizdując.
— Dobra, słuchaj, Potter — powiedziała, nie mogąc już wytrzymać. Odwróciła się i spojrzała mu z wściekłością w oczy. — Naprawdę nie jest mi na rękę to, że to akurat ty musisz mi pomagać, ale Ann jest dla mnie naprawdę ważna, więc z łaski swojej, weź się kurwa zamknij albo stąd idź, bo muszę znaleźć jakiś sposób, żeby ją wybudzić.
Chłopak patrzał na nią, mrużąc oczy ze złością. Żadna durna wiewióra nie będzie mu mówić, co ma robić. Jeśli będzie chciał, to zostanie, a jeśli nie, to nie i tyle. To on decyduje, nie jakaś Evans. Prychnął więc, a potem zmierzwił włosy.
— Wiesz... - zaczął z głupawym uśmieszkiem na ustach. — Nie lubię, kiedy głupia dziewczyna próbuje mną rządzić i nie uśmiecha mi się bycie cicho.
James odszedł, nawet się nie żegnając. Rudowłosa wlepiała oczy w jego oddalającą się sylwetkę z niedowierzaniem na twarzy. Gnojek, pomyślała. Nie mogła pojąć, jak można być tak nieczułym egoistą. Widział tylko czubek własnego nosa. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Żadnej wściekłości tym, że sobie poszedł, czy też bezradności, spowodowanej śpiączką Ann.
— Muszę jej pomóc... — mruknęła pod nosem.
Ruszyła korytarzem, kierując się do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Musiała się spieszyć, bo mogło być przecież coraz mnie czasu. Zaczęła biec w tamtym kierunku i nie zwolniła do samego portretu Grubej Damy, mimo że ledwo już mogła złapać oddech. Jej kondycja odstatnio była naprawdę kiepska, będzie musiała ją poprawić. Wypowiedziała hasło, migiem pokonała pomieszczenie i wbiegła po schodach. Weszła do dormitorium, które było puste. Szybko zrzuciła z siebie sukienkę, wyciągając z szafy jeansy, koszulkę i ciepłą, czarną bluzę. Ubrała się w to i zaczęła szukać książki do Zaklęć Zakazanych, którą wykradła z biblioteki. Znalazła ją i otworzyła na byle jakiej stronie.
— No dalej... - warknęła zniecierpliwiona po dłuższej chwili wertowania księgi. — To było gdzieś niedaleko...
I w następnej chwili odnalazła stronę z zaklęciem, na którym jej w tym momencie strasznie zależało. Wiedziała, że jest trudne w użyciu. Skomplikowane ruchy różdżką, a także fakt, że było ono niewerbalne, wszystko kompletnie utrudniło. Wyrwała tę stronę z książki i wsadziła ją do kieszeni, uprzednio zginając ją w pół. Szybko wyszła z dormitorium i pędem rzuciła się w stronę dziury przed portretem, który w następnej chwili odchylił się, odsłaniając wyjście. Rzuciła się biegiem, musiała znaleźć się jak najszybciej u Hagrida. Jeśli on nie pomoże, to będzie zmuszona rzucić ten czar. Biegła, nie przejmując się tym, że popycha mijających ją ludzi. Nie miała czasu nawet na rzucanie "Przepraszam" po każdej szturchniętej osobie, więc po pierwszych kilku zaczęła to po prostu ignorować. Wreszcie znalazła się przed drewnianymi wrotami, które mocno popchnęła. Rozwarły się, aa ona pozwoliła sobie na złapanie oddechu. Oparła dłonie na kolanach i gorączkowo myślała, jak wytłumaczyć gajowemu całą tę sytuację. Zaczęła biec w stronę jego chatki, a gdy już stała u jej drzwi, to nawet zdobyła się na uśmiech. Było czuć ten typowy zapach wypieków i herbatki, którymi przyjaciel zawsze Huncwotki częstował. Zapukała do drzwi mocniej niż planowała, czego sama się przestraszyła. Otworzył jej brodaty, ogromny mężczyzna, którego twarz momentalnie rozjaśnił uśmiech, widząc swojego gościa.
— Lila! — wykrzyknął, zamykając rudowłosą w niedźwiedzim uścisku, a ona czuła jakby ktoś zaczął ją dusić i miażdżyć jednocześnie. — Cholibka, jak ja cię dawno nie widziałem. Ładnie to tak zapominać o starym Hagridzie, hę?
Na twarzy dziewczyny pojawiły się rumieńce, a jej zrobiło się wyjątkowo głupio, bo nie zdążyła nawet go jeszcze odwiedzić od przyjazdu do Hogwartu.
— Jejku, chyba się duszę... — wysapała, a on momentalnie uwolnił ją z uścisku, głośno przepraszając. — No coś ty, Hagridzie, nigdy bym o tobie nie zapomniała. Przepraszam, że jeszcze cię nie odwiedziła, ale mam strasznie dużo na głowie. Może to głupio brzmi, ale jeszcze wczoraj Dorcas odciągała mnie od książek. Początek roku, a ja już stresuję się Sumami.
Gajowy pokiwał głową, rozumiejąc przyjaciółkę. Po prostu czuł się samotnie i tęsknił za ich towarzystwem. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że nie mieli oni teraz za dużo czasu.
— Nic się nie dzieje, Lila! — powiedział donośnym głosem. — Może wpadniesz na szybką herbatkę i ciasteczka?
— Pewnie — zgodziła się z entuzjazmem, choć tak naprawdę robiła to z niechęcią.
Miała z dziewczynami pięć lat na to, żeby przekonać się, że wypieki Hagrida były niejadalne. Dlatego przychodziły do niego przeważnie najedzone. Jednak dzisiaj nie miała czasu, żeby zjeść, więc musiała zaryzykować i skosztować trochę tych jego ciastek.
— Cholibka, co ty dziś taka nie w sosie? — zapytał ze zmartwieniem marszcząc swoje krzaczaste brwi.
Rudowłosa westchnęła głośno i bez słowa weszła do jego chatki. Usiadła na wielkim drewnianym krześle, przeczesała palcami włosy. Rubeus postawił talerz z ciastkami, które jeszcze były gorące i nastawił wodę na herbatę. Evansówna westchnęła głośno.
— Okay, chodzi o Ann — zaczęła, spuszczając przy tym wzrok na stół. — Wpakowałyśmy się w układy ze Ślizgonkami i teraz mamy. No ale mniejsza, przejdę do sedna. Co wiesz o Przysiędze Bazyliszka?
Brodaty na te słowa cały się spiął i pobladł. Oj, to nie wróżyło niczego dobrego, Lily już o tym wiedziała.
— Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wy...? — wlepił w nią swoje oczy, w których zaczęło pojawiać się przerażenie. — O w mordę, was do reszty pogrzało! Czy wy nigdy nie zastanawiacie się, co może się stać? To jest strasznie niebezpieczne zaklęcie!
Lily wytrzeszczyła na niego oczy. Nie rozumiała, dlaczego on tak wybuchł. Ta przysięga nie może być przecież aż tak przerażająca i zła. Hagrid pewnie jak zwykle przesadza.
— Na pewno nie jest tak źle — powiedziała, wywracając oczami.
Wielkolud uderzył pięścią w stół, a ona aż podskoczyła. Nie spodziewała się, że to go tak zdenerwuje.
— Na brodę Merlina, Evans! — warknął. — Bądź poważna, bo gadam serio. Kto jak kto, ale ty potrafisz zachowywać się jak trzeba, więc z łaski swojej uspokój się.
Dziewczyna na te słowa się wyprostowała, ale pokiwała ze skruchą głową, bo zrobiło jej się strasznie głupio.
— Dobrze, więc co mam robić? — zapytała przyjaciela z przejęciem.
— Co z Ann?
— Jest nieprzytomna, nie da się jej obudzić.
Hagrid skinął głową, a mina mu zrzędła. To znaczyło, że jest gorzej niż myślał. Gorzej niż wtedy.
— Chyba nie macie pojęcia jak trudny do odwrócenia jest ten czar. Jak okropny... Jak potężny... Kto składał tę przysięgę?
— My wszystkie — odpowiedziała niepewnie, bojąc się jego reakcji.
W tym momencie Hagrid wyglądał jakby zaraz miał paść trupem. Jak takie kumate dziewczyny mogły postąpić tak głupio?
— Jak wy wszystkie?! — zagrzmiał, a ona kolejny raz podskoczyła. — Czy my naprawdę rozmawiamy o tych samych Huncwotkach? Gdzie są dziewczyny? A Ann? A te Ślizgonki?
Lily westchnęła. Co one najlepszego narobiły? Dobrze wiedziała, że będą z tego tylko i wyłącznie kłopoty. Niestety ta cholerna dumna i gryfoński honor kazały im się w to władować. Teraz mają, co chciały.
— Ann jest w Pokoju Życzeń, leży w łóżku, pilnują ją Marlene i Peter. Dorcas, Syriusz, Alice i Frank szukają Wężyc, bo jakby zapadły się pod ziemię. Och, wyobrażam sobie moment, kiedy już je dorwą. Oszukały nas i mimo że mogłyśmy się tego spodziewać, to zbyt sukowate nawet jak na nie.
— Lily, to nie ich wina — odezwał się po dłuższej chwili Rubeus. — Tylko tej przeklętej przysięgi.
Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy. Nie sądziła, że to może nie być ich sprawka. Szczerze mówiąc, nawet jej to do głowy nie wpadło. No, bo kto inny jak nie one, do cholery?
— Jak to wydusiła w końcu z siebie.

***
Witajcie po tak długiej przerwie.
Jak bardzo w tym momencie mnie nie znosicie? Chyba nie wystarczy zwykłe przepraszam, a tylko tyle potrafię powiedzieć. Przepraszam, jest mi wstyd. Nie miałam ani weny, ani chęci, ani czasu. A Wy czekaliście. W tym czasie tak często mnie odwiedzaliście. Dziękuję.
Kocham Was, wiecie?
Zgredek

piątek, 8 stycznia 2016

Notatka #1

Witam Was, moje Skrzaty.
Zaraz druga, a ja nie mogę zasnąć. Postanowiłam więc napisać post. Jak każdy dobrze wie, zaczął się nowy rok. Jak ten czas zasuwa, prawda? Kiedy patrzyłam na ilość rozdziałów w tym roku, aż się za głowę złapałam. Jest ich tak maluteńko. W tym roku postaram się napisać więcej, to nie będzie trudne, bo sama przed chwilą wspomniałam, że było ich naprawdę mało.
Wena wraca, ale tak jak rok minął, tak i ja się zmieniłam. Spokojnie, nie mam zamiaru niczego usuwać. Zauważyłam tylko, że kompletnie zepsułam, zawaliłam już na samym początku. Bohaterowie to piętnastoletnie napalone dzieciaczki, które na siłę próbują pokazać jakie to są dorosłe. Mam zamiar to zmienić. Nie będzie żadnego seksu, libacji alkoholowych i debilizmu. Wykreuję dobrze postacie, choć powinno być już to zrobione na samym początku. Rozbuduję rozdziały, no przynajmniej się postaram. Nie obiecuję, że będą co miesiąc. Mam w tym roku egzaminy i muszę się przyłożyć. Podzielę swój czas na naukę, życie prywatne oraz pisanie. Może przestanę biadolić, bo nie wiem, czy ktokolwiek to przeczyta.
Chciałabym złożyć Wam życzenia i świąteczne, i te noworoczne. Wiem, że po czasie. Jestem tak bardzo spóźnialska i leniwa. Salazarze.. Zgredek, przestań się w końcu obijać! Wracając do życzeń.. Życzę Wam dużo zdrowia i szczęścia. Żebyście byli wytrwali i silni. Odnajdywali zawsze światełko, które zwie się Nadzieja. Uwierzcie w siebie, częściej się uśmiechajcie i bądźcie pełni energii. Nieście pomoc innym i dążcie do ideału. Nie martwcie się, jeśli coś nie pójdzie po Waszej myśli. Hej, macie całe życie przed sobą. To Wy tworzycie własną ścieżkę. Żeby Wasze najskrytsze marzenia się spełniły. Nie mam pojęcia czego mogę Wam jeszcze życzyć, dlatego chyba na tym zakończę.
Rozdział raczej pojawi się w tym miesiącu. Jest zaplanowany i część mam już napisaną. A teraz.. Pójdę spać, bo usypiam. Dobranoc.
Do napisania,
Zgredek

niedziela, 29 listopada 2015

15. "Przysięga Odważnego Bazyliszka i jej konsekwencje" Cz. II

"Ktoś, kto in­nym życzy pecha i straty,
niech wie, że los lu­bi... od­wra­cać karty." 

— Cholera jasna... — mruknęła rozgorączkowana Dorcas, patrząc na nieprzytomną przyjaciółkę. — Ona w ogóle oddycha? Ruda, sprawdź, czy ona żyje!
Lily wytrzeszczyła oczy na przyjaciółkę, kompletnie zaskoczona jej słowami. Skąd ona niby miała wiedzieć, czy Alice żyje? Przecież nie jest magomedyczką, żeby móc to stwierdzić.
— Niby jak mam to sprawdzić? — warknęła poirytowana panna Evans, wbijając mordercze spojrzenie w Czarną.
Brunetka prychnęła wściekle, krzyżując ręce na piersi.
— To ja miałam kurs trzeciej pomocy czy ty? — odwarknęła, unosząc brew do góry. Czasami panna Meadowes myślała, że Lily jest z natury blondynką.
Rudowłosa dziewczyna przewróciła oczami.
— To był kurs pierwszej pomocy... — wymamrotała, a następnie podeszła do Ann i sprawdziła jej puls. Właściwie wszystko było w normie, może lekko przyspieszone bicie serca, ale poza tym nic złego się nie działo. Zwróciła swoje spojrzenie na przyjaciółki. — Ann żyje, oddycha normalnie.
Pozostałe dziewczyny odetchnęły z ulgą, wpatrując się w Lily, która w dalszym ciągu klęczała obok nieprzytomnej Gryfonki. Alice zmarszczyła brwi.
— To dlaczego się nie budzi..? — zapytała ze ściśniętym gardłem.
Evans spojrzała blondynce w oczy i wzruszyła delikatnie ramionami. Naprawdę chciałaby to wiedzieć i poważnie zaczynała martwić się o Ann. Chciało jej się płakać z tej pieprzonej bezsilności, ale nie mogła pozwolić sobie teraz na słabość. Musiała być myśleć racjonalnie.
— Szczerze? — rzuciła Lily w stronę Alice. — Nie mam pojęcia. Zostają nam dwa wyjścia. Zapierdzielać z nią natychmiast do McGonagall i dostać szlaban na kolejne dwa lata naszej nauki.. Albo zostawić ją tutaj i poszukać tych szmat, żeby wszystko naprawiły.
To była cholernie trudna decyzja do podjęcia. Dziewczyny nie wiedziały, co mają zrobić. Nagle.. Poczuły się jak dzieci. Przecież mają po piętnaście lat. To jest kompletnie bez sensu. Jeśli zaniosą ją do nauczycielki transmutacji, to nie mają pewności, że ona odczaruje Ann. Za to na pewno dostaną szlaban i może właśnie o to chodzi Ślizgonkom? Żeby dostały szlaban?
— Myślę, że powinnyśmy zostawić tutaj Ann i poszukać ich — powiedziała Marlena, patrząc na pozostałe dziewczyny. — Wszystkie dobrze wiemy jaka jest McGonagall.
— Zgadzam się z Mary — Dorcas uśmiechnęła się lekko do przyjaciółki. — McSztywna prędzej zostanie Miss Świata Magii niż odpuści nam tę całą przysięgę.
— Tak, dokładnie — Lily i Alice skinęły głowami, potwierdzając słowa brunetki.
Dorcas westchnęła przeciągle i rozejrzała się dookoła. Błonia, cholera. Jak mogły zostawić swoją nieprzytomną przyjaciółkę na trawie? Przecież to niedorzeczne. Pokręciła lekko głową. To przecież Pokój Życzeń, tak? To znaczy, że można zmienić go tak, żeby był odpowiedni dla Ann. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie przytulny pokój przyjaciółki. Ściany w błękitnym kolorze, meble w odcieniu jasnego brązu i skromne łóżko. Panna Lorenh nie należała bowiem do bogatych ludzi. Nie wstydziła się jednak tego, że nie na wszystko ją stać i była dumna ze swojej rodziny. Na myśl o zdjęciach wiszących na ścianie, brunetka się uśmiechnęła. Zdjęcia pięciu przyjaciółek, rodziny Ann, jej ukochanego króliczka. Meadowes otworzyła oczy, a na jej twarzy pojawił się delitkatny uśmiech. Właśnie o to jej chodziło!
— Jedna z nas musi tutaj zostać i jej pilnować — odezwała się Marlena po chwili zastanowienia. — W sumie ja mogę zostać. Strasznie się o nią martwię, a tutaj, przy niej, będę bardziej spokojna.
Pozostałe dziewczyny tylko pokiwały głowami. To dobry pomysł, bo dzięki temu będą miały pewność, że pod okiem Mary z Ann nic złego się nie stanie.
— Dobra, to my idziemy skopać dupska tym oślizgłym Wężycom — powiedziała Lily z błyskiem w oku, uśmiechając się pokrzepiająco do Mary. Dobrze wiedziała ile dla niej znaczy Annabell. Znają się od malutkiego, a najlepszymi przyjaciółkami są od zawsze.
Podeszła do blondynki i mocno ją przytuliła. Wyszeptała jej do ucha, że ma się trzymać, a potem popatrzyła na nieprzytomną Lorenh. Wyglądała tak niewinnie i spokojnie, że aż zachciało jej się płakać. "Obudzisz się, Ann, obiecuję", pomyślała ze ściśniętym gardłem.

* * *

Evalyn z trudem otworzyła oczy. Wszystko ją strasznie bolało i czuła, że zaraz zwymiotuje. À propo czucia.. W miejscu, w którym się znajdowała, zalatywało końskimi odchodami. Rozejrzała się dookoła. Była w jakiejś stajni. Wokół pełno siana, a jakieś trzy metry od niej stał koń. Nie za bardzo rozumiała, co się tak właściwie stało i co tutaj robi. Nagle usłyszała cichy jęk i w następnej chwili omal nie dostała zawału, kiedy poczuła szturchnięcie w nogę. Panna Black chciała wstać, ale nie miała za bardzo siły, więc przeturlała się kawałek. Na miejscu gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się jej tyłek, teraz była głowa Andromedy.
— Na gacie Merlina, co ty tutaj robisz?! — wykrzyknęła Evalyn kompletnie zaskoczona widokiem kuzynki.
No dobra, trzeba było połączyć fakty. Ev nie pamiętała nic, więc była też taka możliwość, że po prostu się upiła. Przed oczami stawały jej najróżniejsze sytuacje, ale właśnie ta wydałaby się jej w zupełności normalna, gdyby nie była w to zamieszana Andromeda, bo co jak co, ale ona nie pije.
— Długo mam czekać na odpowiedź? — zapytała już lekko zniecierpliwiona brunetka.
Przewróciła tylko oczami, kiedy odpowiedziała jej cisza. Ponownie rozejrzała się dookoła, zastanawiając się, jak się tutaj znalazły. No tak! Przysięga, ta cholerna przysięga z Gryfonkami. Mogła się spodziewać, że to jest z nimi powiązane. Tylko w dalszym ciągu nie miała pojęcia gdzie tak właściwie się znajdują. Tak właśnie się dzieje, kiedy wchodzi się w umowy z Gryfonami.
— Mogłabym zapytać cię o to samo — odpowiedziała w końcu Andromeda zachrypniętym głosem. — Dlaczego leżę w jakimś sianie w... Czy to jest stajnia?!
Evalyn cicho parsknęła śmiechem. Dobrze wiedziała jak dziewczyna bała się pewnych zwierząt.
— Spójrz w lewo, Andi — powiedziała przez śmiech, wskazując na coś palcem.
Andromeda zrobiła to, o co prosiła ją przyjaciółka, ale już sekundę później żałowała, że się jej posłuchała. Wydała z siebie przeraźliwy pisk i wystrzeliła ze swojego miejsca jak torpeda. W mig znalazła się przy drewnianej furtce.
— Leen.. — zająknęła się przerażona. — Leen.. To jest koń!
Teraz to brunetka zwijała się już ze śmiechu. Zawsze bawił ją strach kuzynki przed tymi stworzeniami. Już jako mała dziewczynka uciekała przed nimi gdzie pieprz rośnie, a biedni stajenni musieli za nią biegać jak głupi. "Arystokratce nie przystoi takie zachowanie, Andromedo" - powtarzali jej rodzice na okrągło, ale akurat ją to, co przystoi, a co nie, mało obchodziło. Była nieugięta i pewnie dlatego nigdy nie nauczyła się jeździć konno.
— Wiem, że to koń, przecież go widzę — wydusiła z siebie między salwami śmiechu.
Blondynka prychnęła pogardliwie, krzyżując ręce na piersi. Nie znosiła, kiedy ktoś się z niej śmiał. Jednak często się z tym spotykała, kiedy mówiła komuś o strachu przed końmi. Najczęściej ludzie wręcz płakali ze śmiechu. Ślizgonka, arystokratka, która boi się tychże zwierząt - no tego jeszcze nie było.
— Och, zamknij się, Leen — warknęła rozdrażniona. — To nie jest śmieszne.
Evalyn jednak pokręciła głową, dalej się śmiejąc. Zawsze z Bellą i Cyzią miały z tego niezłą polewkę. To był nieuzasadniony strach, który wziął się u niej dosłownie z niczego. No przynajmniej one tak twierdziły.
— Mnie tam to bawi — powiedziała z szerokim uśmiechem na ustach Ev.
Andromenda westchnęła tylko i rozejrzała się dookoła. Co one tutaj robią? Nie znała odpowiedzi na to pytanie, chociaż bardzo chciałaby ją znać. Krok po kroku jakoś sobie przypomną jak się tutaj znalazły. Odezwała się pełnym spokoju i opanowania głosem, mimo że dalej obrzucała zwierzę nieufnym spojrzeniem:
— Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, są dwa kolory. Zieleń i czerwień.
Leen pokiwała głową. Zamknęła oczy i skupiła się najbardziej jak tylko mogła. Rozmowa z Zabinim w Pokoju Wspólny, spotkanie z Gryfiakami w Pokój Życzeń, słowa przysięgi, zieleń i czerwień.. Coś poszło nie tak. To miało wyglądać inaczej. Sprawy się pokomplikowały i dziewczyna właśnie zdała sobie sprawę, że to nie przez Gryfonki się tutaj znalazły. Słowa przysięgi zostały dobrze wypowiedziane, cała reszta również zgodnie z instrukcjami. Pamiętała, że na sam koniec były tylko zielone oczy.
— Przypomniałam sobie... — wyszeptała Evalyn, a jej głos był pełen emocji. — Huncwotki... Przecież one też wtedy padły razem z nami na ziemię. Jestem tego pewna.
Tym razem to jej kuzynka kiwnęła głową. Jednak to w dalszym ciągu nie wyjaśnia tego, co tutaj robią. Nie mogły się przecież znaleźć znikąd w jakiejś stajni. Andromeda rozejrzała się dookoła.
— Leen, musimy iść się trochę rozejrzeć — odezwała się po chwili, patrząc się na drewniane drzwi w zamyśleniu. — Trzeba się wydostać z tej cholernej koniarni.
Brunetka parsknęła cicho, ale zgodziła się z kuzynką. Wyszły na zewnątrz, ale nie zobaczyły błoni, ani nawet Hogwartu w oddali. Ujrzały jednak coś, co sprawiło, że zastygły w zdziwieniu i przerażeniu.

* * *

James nie mógł znaleźć Dorcas od dobrych trzech godzin. Martwił się o nią, to chyba logiczne, nieprawdaż? Żałował słów, które padły z jego ust w stronę przyjaciółki. Wcale tak nie myślał, naprawdę. Chciał po prostu jej dopiec, nie zranić. Zachował się jak ostatni kretyn i dobrze o tym wiedział. Rozumiał też to, że dziewczyna mogła go teraz unikać, a może i wręcz chować się przed nim, ale to nie było w jej stylu. Dorcas to bardzo skryta osoba i nigdy nie pokazuje, że coś ją zabolało. Także jeśli chodzi o to, jak by się zachowała, to był po prostu pewien, że nie tak. Wyszłaby mu na przeciw i potraktowałaby go jak powietrze. Może jednak nie znał jej na tyle na ile myślał, że zna.
— Rogacz! — usłyszał wołanie Syriusza, więc od razu odwrócił się w stronę, biegnącego w jego kierunku przyjaciela. — Widziałeś gdzieś Meadowes? Dzisiaj jest trening i miałem ją o tym poinformować kilka dni temu, ale zapomniałem. Szukam jej od południa.
Potter wytrzeszył na Blacka oczy. Miał mętlik w głowie. Gdzie ona się do jasnej anielki podziewa cały dzień? Zaczynał się naprawdę o nią martwić. Przeczesał ręką włosy i potarł pacami skronie.
— Nie powiedziałeś jej o treningu? — palnął w końcu, bo nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć. Nie chciał pokazać jak bardzo mu na niej zależy.
Syriusz przewrócił oczami i palnął Jamesa w głowę, na co ten warknął "Ej!'. Czy ten człowiek choć raz mógłby nie być takim idiotą jak zwykle? Wzdycha więc tylko i mówi:
— Nie, nie powiedziałem, ale dobrze wiesz, że nie o to mi chodziło. Nie jesteś aż taki głupi, żeby nie zrozumieć — James na te słowa uniósł wysoko brwi. — Widziałeś gdzieś Meadowes?
Okularnik tylko pokiwał przecząco głową i spuścił wzrok. Długowłosego bruneta szczerze to zdziwiło. Myślał, że jego najlepszy przyjaciel zdążył już się z nią pogodzić. Znając Jamesa to albo ją jeszcze bardziej wkurzył głupim tekstem, albo wcale się do niego nie odzywa, albo nie próbował z nią pogadać. Jednak ta trzecia opcja najmniej pasowała chłopaka.
— Nawet z nią nie rozmawiałem... — odezwał się w końcu lekko zawstydzony Rogacz. — Nie dlatego, że nie chciałem czy nie miałem odwagi, po prostu nie mogę jej znaleźć od kilku dobrych godzin. Bardzo się o nią martwię.
Syriusz się nad czymś zastanawiał, drapiąc się przy tym po głowie. Na koniec delikatnie zmarszczył brwi i odezwał się ze zdziwieniem:
— W sumie pozostałych dziewczyn też nie widziałem — spojrzał na Jamesa z krzywym uśmiechem. — Stary, myślisz, że Huncwotki coś kombinują?
Potter wzruszył ramionami. W sumie byłoby to logiczne, jakaś zemsta czy w tym stylu. Może chcą skompromitować Jamesa przed całą szkołą, to by było do nich podobne. Uśmiechnął się do przyjaciela, a strach o Czarną zelżał.
— Nie mam pojęcia, Łapo — powiedział z błyskiem w oku. — Ale jeśli tak, to powinienem zacząć się bać.
Po tych słowach obaj wybuchli śmiechem, a Syriusz poklepał Rogacza po plecach. Obydwóm przypomniała się tamta sytuacja z trzeciego roku. Remus potrzebował jakiegoś składnika do eliksiru, który sprawiał, że wymiotowało się ohydnym, zielonym śluzem. Tak więc reszta chłopaków musiała iść do Zakazanego Lasu po ów składnik. Było ciemno i biedny Peter, który strasznie bał się ciemności, trząsł się ze strachu. James to zauważył i rzekł wtedy do niego "Szalej do woli, Huncwot niczego się nie boi". Glizdek i Łapa już chwilę później płakali ze śmiechu, ponieważ ten jakże dzielny Potter pisnął jak dziewczyna, bo... Przestraszył się wiewiórki.
— No dobra, to co robimy? — zapytał Black z huncwockim uśmiechem.
James odpowiedział mu tym samym i udał, że się zastanawia.
— Idziemy po tych dwóch baranów i lecimy na kremowe piwo, bo już od kilku dni mam na nie ochotę — odpowiedział i wyszczerzył się do przyjaciela, który spojrzał na niego z politowaniem. — No co?
— Biedaczysko, szkoła sprawiła, że mózg mu wyparował... — mruknął pod nosem, a potem spojrzał na Rogacza z uniesionymi brwiami. — Nie, stary, musimy uzupełnić nasz arsenał, bo kończy nam się ta najpotrzebniejsza broń. Potem musisz iść do Trzech Mioteł i kupić Rudej jej wygraną w waszym durnym zakładzie. Wtedy ewentualnie możemy iść na to twoje wymarzone piwko.
Potter westchnął przeciągle. To oznaczało, że najprawdopodobniej na nie nie pójdą. Remus pójdzie z tą swoją listą i będzie sprawdzał ile czego kupić, co nowego będzie potrzebne. Potem pójdą kupić ten alkohol, jednak znając życie pewnie tyle nie będzie na półkach, więc Rosmerta poprosi ich o przyniesienie skrzyń z piwnicy. No i tak jakoś wyjdzie, że będzie koło dwudziestej i tego kremowego nie wypiją.
— A nie możemy kiedy indziej? — spytał z nadzieją w głosie.
Syriusz parsknął, patrząc na Jamesa z kpiną.
— Lunatyk truje nam o to dupę od kilku dni. Jeszcze jeden, a przysięgam, że coś mu zrobię. A Ruda to cię chyba wypatroszy tymi swoimi super czary-mary, jeśli za niedługo nie zobaczy tego, co jej się należy — mówił spokojnie, ale w jego głosie dało się wyczuć typową dla niego ironię zmieszaną z rozbawieniem.
Rogacz prychnął pogardliwie. Tak, bo na pewno go obchodziło, czy Evans się wkurzy czy nie. Miał to gdzieś. Wygrała, okay, to niech czeka. Nie będzie na każde jej zawołanie. Co on - pies?
— Tak, jasne. Już się boję Wiewióry — parsknął kpiąco. — Uwaga, bo mnie podrapie, aaaa!
Black przejechał sobie ręką po twarzy. Jaki jego przyjaciel bywa czasami głupi. On rozumie - roztrzepane, nieogarnięte dziecko Potter, ale bez przesady.
— Taak? — uśmiechnął się ironicznie. — Wtedy na błoniach pewnie też się nie bałeś, prawda?
Po tych słowach James się zmieszał, a chwilę później spoważniał. Chciał odpowiedzieć, że ani trochę go to nie przestraszyło, ale nie potrafił okłamać przyjaciela. Prawda była taka, że wystraszył się wtedy na śmierć i bał się, że się wykrwawi i że już będzie po nim.
— Musisz jej pilnować, Łapo — powiedział w końcu, patrząc na Syriusza z powagą, która bardzo go zdziwiła.
Nie rozumiał, o co chodzi Jamesowi.
— Co? Jak to? — Black wytrzeszczył na niego oczy, kompletnie zaskoczony słowami okularnika.
— Ona nie panuje nad swoją mocą — kontynuował Rogacz, nie przejmując się zdziwieniem przyjaciela. — Pod wpływem bardzo silnych emocji rzuca czar, nawet nie wiedząc jak. Wiewióra sama już się boi tego, co robi. Stara się trzymać emocje na wodzy, ale nie zawsze jej się to udaje. Boi się, że kogoś skrzywdzi.
Zaskoczony Syriusz przetarł oczy, nie wierząc w to, co widzi i słyszy.
— Boże, nie wierzę. Czy to sen? Niech mnie ktoś uderzy... — okularnik zrobił to, o co prosił przyjaciel. — Nie mówiłem serio, idioto! Nigdy nie sądziłem, że James Potter zacznie troszczyć się o swojego wroga. To nieprawdopodobne, jestem dumny. Te dzieci... Tak szybko dorastają.
Rogacz walnął Blacka w ramię, na co ten się skrzywił.
— Nie troszczę się o tę szmatę, a z tego, co wiem, to jest twoja przyjaciółka, więc sam powinieneś na to wpaść, Dumbledore* — warknął w jego stronę James. — Łapo, przecież wiesz, że musiałem to powiedzieć. Dzisiaj pewnie dostanę list od matki, że wie o tym zdarzeniu na błoniach i zacznie się wywód jak to ją zawiodłem. Gorzej jeśli wyjca mi przyśle. W sumie byłoby śmiesznie tak otworzyć go w Wielkiej Sali na kolacji, no nie?
Syriusz chciał mu już coś odpowiedzieć, ale nagle zobaczył czarną czuprynę znikającą za rogiem.
— MEADOWES! — wydarł się na cały korytarz.
James aż podskoczył. Kompletnie nie rozumiał, co mu teraz odwaliło. Rozejrzał się dookoła. Dorcas jak nie było, tak nie ma. Spojrzał na przyjaciela pytającym wzrokiem.
— A ci co jest? — zapytał, unosząc brwi i przeczesując ręką włosy.
Łapa zignorował pytanie przyjaciela, uniósł tylko rękę do góry.
— Czekaj... —  mruknął i jak na zawołanie zobaczyli, że ku nim biegnie zziajana Dorcas. Lily i Alice próbowały ją dogonić. — Widzisz, stary? Nawet Meadowes przylatuje na moje zawołanie.
Po tych słowach wyszczerzył się do Rogacza, a ten wytrzeszczył na niego oczy. No normalnie nieprawdopodobne. Gryfonki zatrzymały się parę kroków od nich, były poważne.
— Black — odezwała się brunetka.
— Meadowes — chłopak kiwnął głową w jej stronę.
— Potter — warknęła Lily.
—  Evans — syknął okularnik.
— Po tym jakże miłym i uroczym przywitaniu... —  mruknęła pod nosem Alice. —  Hej, chłopaki. Nie widzieliście gdzieś może Wężyc?
Dwaj Gryfoni spojrzeli na siebie i zgodnie stwierdziły, że blondynka oszalała. Sądzili, że powie coś w stylu "Kolejny raz marnujecie nasz cenny czas, gnojki. Na co tym razem?", ale na pewno nie spodziewali się tych słów. Była zbyt miła i na ich gust aż nazbyt dociekliwa.
— Zależy które, bo wiesz... Sporo ich w Hogwarcie — Syriusz mówił to z typową dla siebie nonszalancją i ironią.
Alice nie wiedziała, co ma na to chłopakowi odpowiedzieć, więc Dorcas postanowiła wkroczyć do akcji. Najpierw przewróciła wymownie oczami, a potem skrzyżowała ręce na piersi.
— Zamknij ten swój trollowaty pysk i posłuchaj, Black — zaczęła spokojnie, ale jej głos ociekał kpiną i wrogością. — Twoje dwie durne kuzyneczki zadarły z nieodpowiednimi osobami. Także mów gdzie są, jeśli to wiesz, a jak nie to wypad.
Łapa uniósł wysoko brwi i parsknął cicho. Chyba ta kretynka nie myślała, że zrobi na nim jakiekolwiek wrażenie?
— Które kuzynki? Rodzinę też mam sporą — uśmiechnął się do brunetki kpiąco.
Lily nie wytrzymała, musiała coś po prostu powiedzieć. Nie wiedziały, co stało się z przyjaciółką, a czasu mogło być coraz mniej. Nie było w nim miejsca na głupie gierki jej przyjaciela.
— Syriusz, zamknij się — powiedziała z kamienną twarzą, patrząc Łapie w oczy. — Mógłbyś po prostu normalnie odpowiedzieć na pytanie Alice.
Te słowa zawstydziły chłopaka. Zawsze brał to, co ona mówiła do serca, chociaż sam nie wiedział czemu. Pokiwał więc tylko głową i zastanowił się nad odpowiedzią.
— Przepraszam, Ruda — uśmiechnął się niepewnie do zielonookiej. — W sumie od kilku godzin szukałem Meadowes, bo musiałem jej coś powiedzieć — Dorcas na te słowa uniosła brwi. — Spokojnie, chodziło o trening. Nie ekscytuj się tak. Wracając... Przez ten czas spotkałem dwa razy Bellatrix i Narcyzę.
— A Evalyn i Andromedę? — zapytała z nadzieją rudowłosa. — A je widziałeś?
Syriusz wydął usta i zamyślił się na chwilę. Był na błoniach, w Wielkiej Sali, bibliotece, w Pokojach Wspólnych, klasach, korytarzach, sowiarni, pytał nauczycieli, ale... W sumie nigdzie ich nie spotkał.
— Niestety nie — odpowiedział w końcu i uśmiechnął się smutno do przyjaciółki. — Może Rogacz je widział.
— Potter? — Lily spojrzała pytająco na Jamesa, a on zmierzwił włosy i przechylił lekko głowę.
— Niestety, Evans, nie widziałem ich — stwierdził z uśmiechem, patrząc jej kpiąco w oczy. — Byłem zajęty.
Rudowłosa nie mogąc się powstrzymać, cicho parsknęła. Tak, już uwierzyła w słowa tego idioty, pewnie. No a jak, przecież James Potter jest wiecznie zapracowany. Nauka, pomoc na rzecz szkoły, drużyna quidditcha. A jakże, nie ma czasu!
— Obściskiwaniem się z nową dziewczyną? — zaśmiała się.
Ten miał już jej odpowiedzieć bardzo inteligentnym tekstem, lecz Syriusz go wyprzedził o dosłownie chwilę.
— Co ty. Szukał Meadowes, żeby wyrazić skruchę swoim jakże haniebnym zachowaniem — wyszczerzył się do Lily.
— Łapo! — zawołał oburzony Rogacz i zdzielił go łokciem w brzuch.
Dorcas tylko uniosła brwi, ale nijak to skomentowała. Tym razem nie wybaczy mu tak szybko, nie ma mowy. Jeśli chce się z nią przyjaźnić, to musi się o to postarać, a nie zachowywać się jak tam na błoniach.
— Cholera... — mruknęła zielonooka. — To gdzie one są...?
Alice i Dorcas od razu spochmurniały, a chłopacy spojrzeli na nie podejrzliwie. Nie wiedzieli, co się stało, ale musiało to być coś poważnego, skoro Huncwotki nie obrzucały teraz Jamesa zgniłymi jajami za zranienie Czarnej.
— Po co one są wam potrzebne? — spytał Syriusz, patrząc na nie z zaciekawieniem.
Blondynka chciała już zacząć opowiadać im o całej tej sytuacji, w której się znalazły, ale w porę zorientowały się pozostałe dwie dziewczyny, które od razu odpowiedziały zgodnie:
— Po coś!
— Bardzo inteligentna odpowiedź — skomentował to James.
Lily uśmiechnęła się do niego uroczo, spojrzała na swoje, pomalowane na zielono, paznokcie i odezwała się pewnym siebie głosem.
— Wiem, Potter, my jesteśmy bardzo inteligentne.
Rogacz przejechał sobie ręką po twarzy i miał już coś jej odpowiedzieć, ale ich wymianę zdań przerwał pełen jadu głos pewnego Ślizgona.
— Te, Black — w ich stronę szedł Edward Zabini.
Ciekawe czego od nich chciał właśnie ten chłopak, który w sumie rzadko kiedy wykłócał się z kimkolwiek.
— Te, Zabini — przedrzeźnił go Syriusz.
Ciemnoskóry uniósł brwi.
— Przezabawne — stwierdził, ale w dalszym ciągu zachowywał powagę. — Nie widziałeś czasami gdzieś swoich ukochanych kuzynek?
Cała piątka wytrzeszczyła na niego oczy, kompletnie zaskoczona pytaniem. Pierwszy z szoku otrząsnął się Łapa.
— Które? — zapytał głupio.
— Evalyn i Andromedę — odpowiedział spokojnie Ślizgon, choć ta rozmowa zaczynała działać mu na nerwy.
Dziewczyny nie miały pojęcia o co chodzi. Myślały, że Wężyce były już dawno w Pokoju Wspólnym Slytherinu i chwaliły się swoim dowcipem reszcie. Jednak wcale tak się nie stało, a co więcej... Nikt ich nie widział od dłuższego czasu. Wywnioskowała to z tego, że Zabini zapytał się o to właśnie Syriusza, a jak dobrze wszystkim wiadomo, on nie znosił rozmowy na temat jego rodziny.
— Nie ma ich? — zapytała niepewnie panna Evans, patrząc na chłopaka.
— Nie, Lilyanne — odpowiedział jej Edward. — Od kilku godzin nikt ich nie widział.
To oznaczało dwie opcje. Albo się ukrywają, bo boją się zemsty Huncwotek, co jest mało prawdopodobne. Albo namieszały w tej całej przysiędze, a to jest całkiem możliwe, znając ich szczęście.
*nasz odpowiednik to np. "sam powinieneś na to wpaść, Einsteinie"

---------------
Witam. Tak jak napisałam w komentarzu.. Rozdział pojawił się jeszcze w listopadzie. Szkoda, że jego ostatniego dnia, no ale jednak. Dziękuję za 30 tysięcy wyświetleń. Mimo że tak długo mnie nie było, nic nie dodawałam, to Wy jednak byliście i wracaliście, czytaliście, czekaliście. To wiele dla mnie znaczy. Dziękuję. Mam nadzieję, pewnie jak i Wy, że kolejny rozdział będę pisała krócej niż pięć miesięcy. A tak serio.. Postaram się, żeby był jeszcze w grudniu, ale nic nie obiecuję. Mam sporo na głowie. Jeśli mi się nie uda, to spróbuję napisać świąteczną miniaturkę. No a teraz.. Może położę się już spać, bo na zegarze 1.35, a Zgredek jeszcze siedzi przy laptopie.
Mam nadzieję, że komuś spodoba się rozdział. Do napisania, dziękuję jeszcze raz i dobranoc, moje Skrzaty,
Wasz Zgredek.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Wakacje!

Dobry wieczór, kochani. Od czego by tu.. Minął pierwszy miesiąc wakacji (Boziu, dlaczego tak szybko?), a rozdziału dalej brak. Hm, to będzie dość długa część, bo zamiast na trzy części, rozdział dzielę na dwie. Mam nadzieję, że dajecie jakoś radę z czekaniem na te rozdziały. Szczerze? Ja na Waszym miejscu już dawno kopnęłabym tą cholerę Zgredka w szanowny tyłek i kazała pisać szybciej. Jeju, jak ja się cieszę, że mam takich wyrozumiałych czytelników!
Serdecznie Wam dziękuję za 23000 wyświetleń. Nie mogę uwierzyć, że to już tyle. Kiedy zaczęłam pisać to opowiadanie, to szczerze myślałam, że mało kto będzie chciał to czytać. Kolejne opowiadanie o Huncwotach, kolejny marny blogasek i naprawdę się zdziwiłam, kiedy na ekranie pojawiło się okrągłe 23 tysiące. Jaaciee, chyba mam podjarę życia. Dziękuję, skarby!
Tak, rozdział pojawi się na pewno w tym miesiącu, nie macie się o co martwić. Życzę Wam udanych i niezapomnianych wakacji. 
Do napisania,
Zgredek

[EDIT]
Rozdział będzie w sierpniu - mówiła.
Nie macie się o co martwić - mówiła.
No cóż.. W sierpniu nie było weny, ale jakoś wyskrobałam marną (o zgrozo!) stronę Worda. Wrzesień minął jak z bicza strzelił. Nauka, nauka, nauka. A październik.. Wiecie? Nie wytrzymałam bez pisania. Jest niedziela, a ja zamiast się uczyć to piszę. Tak bardzo tęskniłam za tworzeniem, pisaniem, za sprawianiem Wam radości. Postaram się dodać DŁUGI rozdział do końca października.
Miłej niedzieli, skrzaty
Zgredek

niedziela, 31 maja 2015

15. "Przysięga Odważnego Bazyliszka i jej konsekwencje" Cz. I

Dorcas otworzyła szeroko oczy i spróbowała podnieść się z ziemi. Było to trudne, bo nie dość, że leżała na niej Alice, to jeszcze bolał ją każdy mięsień ciała. Nie miała pojęcia, gdzie jest i co tutaj robi, w głowie była tylko pustka. Z trudem poruszyła nogami i jakimś cudem udało jej się zepchnąć z nich przyjaciółkę. Zacisnęła usta i jednym, szybkim ruchem podniosła się do pozycji siedzącej. Poczuła rwący ból w głowie i przez chwilę przed oczami miała tylko zamazany obraz. Brunetka była zdezorientowana i zaczęła ogarniać ją panika. Rozejrzała się dookoła i spotrzegła, że dalej znajduje się na tej samej polanie w Pokoju Życzeń, co przedtem. Panna Meadowes lekko zmarszczyła brwi, nie za bardzo rozumiejąc, co się stało. Jej wzrok powędrował na leżące na ziemi ciała i dopiero wtedy w jej głowie zapaliła się żarówka. Nie było nigdzie Evallyn i Andormedy, a to znaczyło tylko jedno. Te podstępne żmije je oszukały, znalazły patent na to jak obejść zasady tej całej przysięgi i zrobiły je w konia. Dorcas poczuła wściekłość, nikt nie będzie sobie z niej żartował, nikt. Niech ona tylko je dorwie! Co te pieprzone Ślizgonki sobie wyobrażają? Chyba nie wiedzą z kim zadarły... Dziewczyna odczuwała ból trochę mniej, więc postanowiła stanąć na nogi. Udało jej się dopiero za trzecim razem. 
— Przysięgam, że jeśli tylko je spotkam, to będą martwe... — syknęła z irytacją, prostując się. — Już my się zemścimy...
Podeszła wolno do Lily i przykucnęła obok niej. Dalej czuła potworne palenie całego swojego ciała, ale z każdą chwilą było ono słabsze. Delikatnie potrząsnęła przyjaciółką, ale dziewczyna nie otworzyła oczu. Kilka razy poklepała ją po twarzy, lecz i to nie pomogło. Zaczęła więc gilgotać Lily, wiedząc, że ta ma potworne łaskotki. I w końcu się udało, panna Evans otworzyła oczy. Było w nich widać ogromne zdziwienie i ledwo zauważalny strach. Rudowłosa chciała się od razu podnieść, ale powstrzymał ją cichy głos przyjaciółki, który był przepełniony troską.
— Lilka, nie ruszaj się przez chwilę, bo będzie bardziej bolało — odezwała się Dorcas, delikatnie się uśmiechając. Miała ochotę przywołać na twarz beztroski uśmiech, ale dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej pojawiłby się na twarzy grymas.
— Jaki ból do cho...? — W następnej chwili głośno jęknęła. Jak się można było spodziewać, Lily wcale nie miała ochoty słuchać się przyjaciółki i najzwyczajniej w świecie podniosła się do pozycji siedzącej. Sekundę później z powrotem opadła na trawę. — Aaa... O taki ból ci chodziło.
Panna Meadowes tylko przerwóciła oczami, lekko przy tym kręcąc głową. Czemu jej to wcale nie zdziwiło? Była pewna, że Ruda to zrobi, ale sama ostrzegała, że będzie bolało. Panna Evans rozejrzała się dookoła, a sekundę później zmarszczyła brwi.
— Czemu nie ma tutaj Andromedy i Evallyn? — zapytała rzeczowym tonem, patrząc na przyjaciółkę z wyczekiwaniem i niemałym zainteresowaniem. 
 I nagle Dorcas przypomniała sobie, po jaką cholerę, w ogóle obudziła Lily. Wściekłość na nowo nią zawładnęła. Miała ochotę stąd wyjść, znaleźć je i rozkwasić ich mordy o podłogę.
— Te szmaty sobie z nas zażartowały, Lil — odpowiedziała spokojnie, chociaż w środku gotowało się w niej. Gdyby tylko wiedziała gdzie one teraz są, to od razu by poszła je zabić, nawet nie budząc panny Evans. — Czaisz to?
Reakcja rudowłosej była natychmiastowa. Zerwała się na równe nogi, a potem głośno jęknęła z bólem. Jednak nic jej to w tej chwili nie obchodziło. Na twarzy miała wypisaną rządzę mordu, a w sercu uścisk zawodu. Liczyła, że dzięki tej całej przysiędze i tyloma godzinami spędzonymi razem, jakoś się zaprzyjaźnią. Najwyraźniej się myliła, a pomyłki zazwyczaj bolą. Westchnęła z frustracją, a potem obrzuciła przyjaciółkę wściekłym spojrzeniem.
— Zaufałam im, Dori — W jej głosie dało się słyszeć tyle emocji, które nieudolnie próbowała ukryć. — Zaufałyśmy, a one nas oszukały. Dlaczego mnie to nie dziwi? Są jak wszyscy Ślizgoni i nie wiem, dlaczego myślałam inaczej.
Dorcas niechętnie musiała przyznać jej rację. Mimo że nie chciała, to zaufała tym dwóm dziewczynom. Wszystkie Węże takie są - podstępne, wredne, bezduszne. Tak właśnie się dzieje, kiedy Dorcas Meadowes zaufa komukolwiek. Z Jamesem przyjaźniła się od dziecka, a w jednej sekundzie on po chamsku ją od siebie odrzucił. Okularnik nawet sobie nie wyobrażał jak bardzo to zabolało młodą arystokratkę. Tak, jej reakcją  na to była wrogość i chamstwo, bo to właśnie jest jej sposób na obronę. A to dziwne, panna Meadowes ma serce - to normalnie będzie odkryciem roku. Jednak taka była prawda, Dori miała uczucia, które teraz były zranione. Cieszyła się, że ma teraz tutaj Lily, która zawsze z nią była i nigdy jeszcze jej nie zawiodła. Chyba każdy chciałby mieć taką przyjaciółkę.
— Teraz obudzimy Ann, Alice i Marlenę — zaczęła wolno Dorcas, a w jej oczach pojawił się błysk. — A potem szykujemy zemstę. 
Rudowłosa kiwnęła lekko głową. Wciąż czuła rwący ból w czaszce, ale była zdeterminowana. Spojrzała kątem oka na leżące na ziemi przyjaciółki i w tym momencie zapragnęła zniszczyć Andromedę i Evallyn Black. Co one sobie wyobrażały, zachowując się tak? Że one się nie zemszczą? Jeśli tak, to były w błędzie. Była zła, zawiedziona. Tak się nie postępuje. Zacisnęła zęby i podniosła głowę do góry. Dori miała rację - trzeba się zemścić, a nie niepotrzebnie przejmować. Na dodatek... To były Ślizgonki, więc to było logiczne, że zagrają nieczysto. Podeszła powolnie do Alice i przykucnęła przy niej z lekkim wysiłkiem. Delikatnie zaczęła potrząsać ramieniem przyjaciółki, która ani drgnęła. Brunetka patrzyła na poczynania Lily z rozbawieniem. Odezwała się dopiero, kiedy ta zaczęła łaskotać blondynkę.
— To nic nie da, Ruda — powiedziała w końcu z wielkim uśmiechem na ustach. — Ona nie ma łaskotek jak ty.
Panna Evans przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się. Wiedziała, że Dorcas próbuje odwrócić jej uwagę od Evallyn i Andromedy, ale niestety nie wychodziło jej to. Jednak nie mogła przestać o tym myśleć, tylko to siedziało jej w głowie. Kolejne szmaty, które chciały zabawić się ich kosztem... Ale tak nie będzie. Tym razem Huncwotki się zemszczą, pokażą co to znaczy z nimi zadzierać. 
— Oczywiście, że ma — parsknęła cicho i połaskotała przyjaciółkę po brzuchu. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy. — A nie mówiłam?
Dorcas tylko się szeroko uśmiechnęła, kiwając głową. Ruda zawsze znajdzie sposób na wszystko. Natomiast Alice wyglądała na szczerze zaskoczoną. Zamrugała kilkakrotnie i jak poprzedniczki postanowiła od razu wstać, co oczywiście jej się nie udało, bo sekundę później z powrotem wylądowała na trawie z głośnym jękiem. 
— Miło, że mnie ostrzegłyście mnie, że będzie boleć... — mruknęła pod nosem Alice, krzyżując ręce na piersi. Uwielbiała się niby obrażać, a potem tak cudownie godzić. 
Lily zaczęła kaszleć, ukrywając tak atak śmiechu. Nie, ta dziewczyna się chyba nigdy nie ogarnie. Ups. Natomiast panna Meadowes uderzyła się dłonią o czoło z przeciągłym westchnieniem, a następnie podeszła do Marleny i lekko poklepała ją po twarzy. Nawet nie myślała, że przez to dziewczyna się obudzi, ale zawsze można mieć nadzieję. Jednak tym razem ta nadzieja się na coś przydała, bo po chwili Gryfonka otworzyła szeroko oczy. Zamrugała kilkakrotnie kompletnie zdziwiona, potem spróbowała usiąść. Udało jej się, ale na ustach miała grymas bólu. Cóż jej się dziwić? Przecież przed chwilą oberwała jakimś cholernym zaklęciem. I zanim Dorcas zdążyła się odezwać, ta już stała na nogach i mocno się chwiała.
— Ała. Co to do cholery ma być?! — warknęła, patrząc z mieszaniną zdenerwowania i zdziwienia na przyjaciółki. 
Lily brała się za budzenie Ann, a Alice tylko prychnęła, nawet na nią nie patrząc. Panna Meadowes westchnęła, wiedząc już, że jej rolą będzie wytłumaczenie wściekłej przyjaciółce, o co dokładnie chodzi.
— W skrócie rzecz ujmując.. Dwie szurnięte Wężyce rodem Salazara rzuciły na nas zaklęcie i, żeby było zabawniej, po prostu nas zostawiły — Te słowa były wypowiedziane dramatycznym szeptem. Chciała w ten sposób pokazać, że nijak ruszyła ją ta akcja, ale prawda była inna.
Marlena kiwnęła tylko głową, nie umiejąc wydusić z siebie słowa. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw, ale cóż mogła teraz na to poradzić? Chyba nie będzie płakać z takiego błahego powodu, jakim jest oberwanie zaklęciem. Trzeba po prostu wyjść z uniesioną głową z Pokoju Życzeń i przyjąć tę porażkę z dumą. Pokazała im, że nie wolno pochopnie podejmować decyzji, bo łatwo wtedy można zostać oszukanym przez pieprznięte Ślizgonki. Następnym razem będą o tym pamiętać i tyle. Po problemie. 
— Dziewczyny...! — usłyszały piskliwy głos Lily, który był przesiąknięty przerażeniem. Natychmiast spojrzały w jej stronę. — Ann się nie budzi.
Od razu do nich podbiegły, a w ich oczach widoczny był identyczny strach co w oczach panny Evans. O co tutaj chodzi? Przecież ona miała obudzić się jak pozostałe dziewczyny. Rudowłosa co chwilę klepała Ann po twarzy i łaskotała ją, ale to nijak nie pomagało. Zaczynały bać się coraz bardziej.
— Cholera, powinna była się już obudzić... — szepnęła Dorcas ze rozszerzonymi oczami. — Ale się nie budzi. Dlaczego...?
Alice lekko wzruszyła ramionami, a w jej oczach pojawiły się łzy, które za wszelką cenę powstrzymywała.
— A co jeśli ona się nie obudzi? 

-------
Tak, wiem. Nie było mnie. Od lutego nie dodałam rozdziału, a jest już prawie czerwiec. Tak, jest mi wstyd. Tak, zawiodłam Was. Tak, właściwie wróciłam z niczym. Ale postanowiłam pisać dalej i nie zawieszę bloga. Ooo, nie. Nie pozbędziecie się mnie stąd tak szybko, kochani! 
Dziękuję Wam serdecznie za ponad 19 tysięcy wyświetleń. Mimo że mnie nie było, to byliście Wy. Te wszystkie komentarze i prośby o powrót. Tak, moi kochani, to mnie zmotywowało i sprawiło, że wena choć na chwilę wróciła. 
Biorę się już za drugą część rozdziału, który ogólnie rzecz biorąc, miał być o wiele dłuższy. Mam jednak nadzieję, że to co napisałam, Wam się podoba. 
Kocham Was i dziękuję za to, że czytacie, dzielnie przy mnie trwacie i jesteście. Wiele dla mnie znaczycie.
Do napisania, Skarby. <3